Gdy słuchałam tego krążka, zastanawiałam się, jak o nim opowiedzieć w kontekście folku. Nie ma tu rytmu znanych ludowych tańców, a z dawnego instrumentarium mamy (jedynie?) bębny. Choć muzyka ta jest współczesna, jest w niej też coś zaprzeszłego. To coś, co trudno nazwać słowami, ale jednocześnie gdy się to słyszy, wszystko jest wiadome w pewien metafizyczny sposób. „Þiudōs Diuza” DYMu, czyli „Ludzie Zwierzęta”.
Określenie, że DYM tworzy blisko natury jest celne. Słychać to w rytmie wybijanym na bębnach, repetycjach tak tekstu, jak melodii, swobodnych wokalizach w wysokich i niskich rejestrach, przejściach ze śpiewu w krzyk, a także użycie dźwięków… natury – śpiewu ptaków, szumu drzew – które przewijają się od pierwszego do ostatniego utworu na „Þiudōs Diuza”.
Przeczytaj więcej o zespole DYM.
Przez najnowszy krążek przemawiają przodkowie. Zespół odwołuje się w swoich utworach do wierzeń animistycznych, dotykają niezwykłego, obecnego od dawien związku istot żywych z naturą, siłą rzeczy wchodząc w temat kultury i życia społecznego. Nie unikają tematu początku – narodzin – i końca – śmierci. Artyści wypowiadają się nie tylko w swoim imieniu, ale też wszystkich nas, ludzi-zwierząt. Może się bowiem okazać, że w każdym z nas drzemie barbarzyńca, członek plemienia, kapłan, przodek.
Piszę dużo o rzeczach, które mogą się zdawać niekonkretne w kontekście muzyki. Jednak w kontekście płyty „Þiudōs Diuza” nie sposób omawiać samą warstwę muzyczną oderwaną od opisanego wyżej tła. Współczesne instrumentarium (gitara basowa i elektryczna, perkusjonalia) użyte jest bowiem tak, by przekazać pierwotność sensów piosenek, a teksty, choć napisane współczesną polszczyzną, pozbawioną gwar czy dialektów, oddają zaprzeszłość. Jeśli miałabym wybrać jeden album, którego opis miałby brzmieć „zawartość odpowiada opisowi”, to byłaby to właśnie ta płyta. Czuć w wykonaniu, że to wszystko, co DYM chce nam przekazać, to są sprawy, w które muzycy głęboko wierzą i które czują.
Choć cały album jest dla mnie zachwycający, to szczególne słowa uznania należą się Emilii Annie Tuśnio, której śpiew jest tak swobodny, oczarowujący i przyciągający, że kupuję wyśpiewane przez nią dźwięki bez drgnięcia powieki. W moim odczuciu album „Þiudōs Diuza” jest jeszcze lepszym krążkiem niż poprzedzający go „DYM”. Nie oznacza to, że pierwszemu albumowi czegoś brakowało. Już na „DYMie” czuć było związek zespołu z przeszłością, swego rodzaju wyjątkowe porozumienie dziś z kiedyś. „Þiudōs Diuza” to kolejny krok z dobrą stronę, bo według mnie jest swobodniejszy, bardziej przyciągający. Z przyjemnością patrzę jak DYM się rozwija.
Czy to jeszcze folk, czy może coś niedookreślonego? A może dźwięk traw, strumieni i drzew, przetransponowany na gitary, perkusionalia, instrumenty klawiszowe i śpiew? Ciągle wraca do mnie pytanie czy warto poświęcać uwagę na określanie, wkładanie w szufladkę. Dochodzę do wniosku, że lepiej energię tę włożyć w uważność, otwartość na doznanie tej muzyki. Czym bowiem by nie była uważam, że jest ona dla każdego, kto ceni naturę i połączenie z nią. „Þiudōs Diuza” utożsamia to wszystko, o czym myślimy, gdy jesteśmy z dala od chaotycznej i głośnej, czasem przerastającej codzienności.
Czasem to spokój, a czasem to pęd.
Recenzja powstała w ramach współpracy reklamowej z zespołem DYM.
Mol(l) Płytowy